Dodaj link do tego mBloga do serwisu Startowy.comDodaj kanał RSS do serwisu Startowy.comRSS
mblog.pl
futago.mblog.pl
no, t'hrewię Edith
2008-12-18 | 13:03:51
autor: futago | skomentuj (6)

Zimno było. I już powoli się ściemniało, mimo dosyć wczesnej pory. Może przez chmury, może przez podły nastrój jaki mnie napadł, kto wie..? Szłam do Buły, żeby oddać ‘Ring’ Koji Suzuki. Adidasy mi trzeszczały. Podarte na kolanie spodnie nieprzyjemnie chłodziły mi nogi. Aż dziwne, że w ogóle zwróciłam uwagę na wołające mnie dziewczyny. Siostra i K., właśnie wracały z Biologii czy czegoś. Zatrzymałyśmy się. Zaczęłyśmy gadać. Nie wiem, jak to jest, ale rozmowa z kimś zawsze mi poprawia humor. Zwłaszcza, że zaczęłyśmy rozmawiać o Łódzkich dniach Japonii. Nawet nie wiem, kiedy się rozkręciłam. Opowiadałam o panu Yozuko, o Shimuro-san, o ‘Czytelni na niebie’… Poczułam się naprawdę świetnie.

K. uśmiechnęła się szelmowsko- Czekaj, coś ci pokażę!- powiedziała do mnie, grzebiąc jednocześnie w torbie. Po chwili wyciągnęła pudełko. Małe, fioletowawe, ze słoniem. Pudełko od papierosów.

-Ojejku, one są różowe!- zauważyłam, zaglądając do środka opakowania. Wyjęłam jednego z papierosów i obejrzałam go. Różowy, z tyłkiem słonia wygrawerowanym na filtrze. Pachniał nawet ładnie- takim waniliowym tytoniem. I drożyzną.

-Masz, to twój prezent na mikołajki- Stwierdziła dobrodusznie K., chowając napoczęte pudełeczko z powrotem do torby. Zaśmiałam się jak tygrysek z ‘Kubusia Puchatka’.

 

*

 

‘- Nie ma sprawy - rzuciłam swobodnie, chcąc rozładować atmosferę. Podciągnęłam koszulkę pod brodę.

- Zakaz eksponowania szyi.

Zachichotał; podziałało.

- Nie, nie musisz, wierz mi, ważniejszy był element zaskoczenia. Podniósł powoli rękę i ostrożnie przyłożył mi dłoń do szyi. Siedziałam zupełnie nieruchomo. Nieludzki chłód skóry Edwarda powinien mnie odstraszać, ale nie odczuwałam lęku, kłębiło się za to we mnie wiele innych emocji.

- Sama widzisz. Wszystko w porządku. Żałowałam, że nie potrafię kontrolować swojego oszalałego tętna. Z pewnością niepotrzebnie Edwarda drażniło.

- Tak słodko się rumienisz - zamruczał, oswobadzając delikatnie swoją drugą rękę, po czym pogłaskawszy mnie wpierw po policzku, ujął moją twarz w dłonie.

- Nie ruszaj się - poprosił szeptem, jakbym nie była już jak sparaliżowana.

Powoli, cały czas patrząc mi prosto w oczy, pochylił się do przodu. Przez chwilę opierał się lodowatym policzkiem o wgłębienie pod moim gardłem, a ja, wsłuchana w jego wyrównany oddech, obserwowałam iskierki słonecznego światła igrające w bujnej, miedzianej czuprynie. Najbardziej ludzkie były w nim właśnie te włosy. Dłonie Edwarda zaczęły ześlizgiwać się niespiesznie ku mojej szyi. Zadrżałam.

Wstrzymał na moment oddech, ale jego dłonie nie przerwały swojej wędrówki i spoczęły na moich ramionach. Wreszcie, musnąwszy nosem obojczyk, oparł głowę na mojej piersi.

Słuchał, jak bije mi serce.

Westchnął.’

 

Stephanie Meyer, ‘Zmierzch’

 

*

 

-Boże, jak można tak się zachowywać na korytarzu!- ta uwaga sama wyrwała mi się z ust, zanim zdążyłam się nad nią w ogóle zastanowić. A., K., L. i M. spojrzeli na mnie jakoś dziwnie.

-Czuczu, jesteś zazdrosna- A powiedziała to tak, jakby to było coś niezwykłego. Ale faktycznie- jakoś patrzenie na przytulającą się parę mnie denerwowało. Ale czy to naprawdę musi wydawać się dziwne?

-Oj od razu zazdrosna…-zaczęłam nieco za szybko, ale szybko się zreflektowałam. Nie było sensu robić z siebie małej kretynki. -…No dobra, jestem. – dokończyłam niemal z westchnieniem.

Lampa na korytarzu migotała. Podłoga, cała upstrzona popiołem z petów wydawała mi się za twarda. Nawet ściana zaczęła mnie uwierać w łopatki. Zapragnęłam zniknąć z tamtego miejsca, nie wiedzieć czemu zrobiło mi się samej siebie wstyd.

 

*

 

Nerwowo obracałam teczką z rysunkami. Miejsce, w którym siedziałam wydawało przyjemny zapach. Trochę jakby lawendowy. Niemniej jednak nie uspokajało mnie to.

‘Boże, że też zachciało mi się tu przychodzić!’- pomyślałam nagle. Nie wiedziałam sama, czy się denerwuję, czy też żałuję pojawienia się w wydawnictwie ze swoimi rysunkami. Właściwie to ja nie chciałam wydawać komiksu, ja tylko…

…Byłam strasznie zdenerwowana.

Drzwi od sekretariatu otworzyły się bez ostrzeżenia i pojawił się w nich szczupły mężczyzna. Dłonią o ładnych, szczupłych palcach delikatnie podtrzymywał sobie drzwi.

-Pani Katarzyna..?- zaczął, patrząc prosto na mnie. Pytanie było w zasadzie niepotrzebne, byłam sama w poczekalni. Potakująco kiwnęłam głową i przywołałam na twarz pogodny uśmiech. Miałam tylko nadzieję, że nie wyglądał on jak jakiś natrętny grymas.

-Proszę za mną- mężczyzna przepuścił mnie w drzwiach do małego, jasnego gabinetu. Kiedy siadał przede mną zauważyłam pewną ciekawą cechę, która natychmiast dodała mi pewności siebie. Zastanawiałam się nawet, czy uda mi się powstrzymać chichot.

Mężczyzna o twarzy Johnnego uśmiechnął się i zaczął zadawać pytania.

Najpiękniejsza rozmowa w moim krótkim życiu.

 

*

 

Piszczałyśmy i śmiałyśmy się na przemian. Razem z L. stałam oparta o bandę lodowiska pod manufakturą i obserwowałyśmy ludzi jeżdżących po zamarzniętej tafli. Nasza uwagę zwracał zwłaszcza mały, najwyżej 5-letni chłopczyk starający się nauczyć trudnej sztuki poruszania w łyżwach. Jego tata, nieźle zresztą wyglądający, dzielnie trzymał go za rękę.

-Śmieszna para!- stwierdziłam, przerywając swoją wypowiedź wybuchami śmiechu- ale malec jest naprawdę wyrąbisty- Dodałam, udając powagę.

- Nom, a ten jego ojciec…- Oczka L. wskazywały na to, że to wcale nie małe dziecko przykuwa jej uwagę.

Dobrze, przyznam się. Ze mnę było podobnie. Właściwie cały czas obserwowałam młodziaka w szarej bluzie. Boże, jaką miał boską figurę… I ta buźka…

‘A jaki tyłeczek!’- zdążyłam dodać w myślach, kiedy On spojrzał się dokładnie na mnie.

Utrzymałam kontakt wzrokowy, co ciekawe, on też nie odwrócił spojrzenia. Uśmiechnęłam się, a on, jakby zastanawiając się, czy mnie zna, gwałtownie się wyprostował. Cóż, popełnił błąd- gwałtowny ruch spowodował niekontrolowany poślizg. W jednej chwili moje ciacho leżało na wznak na lodzie.

Obie z L. Śmiałyśmy się i biłyśmy mu brawo.

 

*

 

Nauka do kolokwium mi nie szła. Miałam, co prawda, opracowane pytania, ale w swojej genialności nawet ich nie przeczytałam. Dopiero dzień przed Kolo raczyłam zajrzeć do notatek. Nic więc dziwnego, że zżerał mnie stres. Szczerze żałowałam, że nie uczyłam się tego wcześniej, naprawdę.

Zerknęłam na półkę. Prezent od K., różowy papieros, nadal tam leżał. Zastanowiłam się, czy nie mam ochoty go wypalić...

Nie, cholera, nie mogę

Wysłałam sms do L.: „Hej, a może pouczymy się razem? Zawsze będzie łatwiej” Po chwili ona wpadła po mnie i razem zaczęłyśmy męczyć materiał. Było nawet zabawnie. Pomyśleć, że nigdy nie uczyłam się w ten sposób…

Kolokwium zaliczę.

Szefowa przez pół zajęć siedziała w Internecie.

A papieros został mi na później.

 

*

 

-Boże, jak ta moja kołdra śmierdzi!- Stwierdziłam, marszcząc nos. Była 2:25 w nocy, w naszym pokoju. Ijulina pogrążona w muzyce, Goś pogrążona w niczym. Z tą drugą zaczęłyśmy dosyć elokwentną rozmowę. Oczywiście, przerywaną wybuchami śmiechu.

-Ale jak to śmierdzi, niby czym..?

-Czy ja wiem… jakby roztopionym plastikiem!- skrzywiłam się. Po chwili jednak dodałam- a może ta kołdra wcale nie była pokrochmalona..?

-Czyli że jaka była..?

-No wiesz, może zamiast krochmalu używają roztopionego plastiku, w końcu coś ze śmieciami ze zsypu trzeba robić…

Śmiechy, chichoty, parskania. Może nawet trochę za głośne jak na późną porę, ale nie mogłyśmy się powstrzymać. Nie wiem nawet jak od plastiku doszłyśmy do dmuchanych lalek, niejakiego Rambo, pana od matematyki, Łydek pana A., czy do wybrzeża kości słoniowej.

Zasnęłyśmy zatopione własnymi głupotkami. Obie.

 

*

 

M. jest strasznie podobny do Edwarda Cullena/ Roberta Pattinsona. Powiedziałyśmy mu to ostatnio. Oczywiście była jakaś 2 w nocy, my o innych porach nie wychodzimy z pokoju. Pokazywałyśmy mu zdjęcia Pattinsona w komórce żeby go przekonać. A na koniec doszłyśmy do wniosku, że M. musi być wampirem.

Aż przypomina się tekst… ‘I need you, I need you to bite me!’

Pytanie tylko… Czy M. nie będzie miał przez nas traumy..?

 

*

 

Mija kolejny dzień. Mam piasek pod powiekami i świadomość, że jeszcze długo nie pójdę spać. Moje dziewczyny już są w pokoju. Grają w Worms, gadają, uczą się, albo czekaja na mnie, żeby wypić piwo. Wieczorem obejrzymy film, może jakiś serial.

Dobrze mi w tym miejscu.

Na korytarzu ludzie gadają, hałasują do późna. Piją piwo, palą papierosy, opowiadają kawały. W czwartek będzie wigilia w akademiku, pewnie nie przejdę koło tego faktu obojętnie. Albo przejdę koło tego faktu zygzakiem.

Dobrze mi w tym miejscu.

Późnym wieczorem wychodzę na korytarz. A. już tam stoi. Ona z papierosem, ja z papierosem. Różowym. Gadamy o Buce z Muminków, o studiach, o głupotkach. Powoli wykańczam swój prezent mikołajkowy. Nie przeszkadza mi dym, nie przeszkadza mi syf na podłodze, nawet świadomość niedalekiej sesji mi nie przeszkadza. Za chwilę wrócę do pokoju i zrobię pracę domową. Jutro pojadę do domu. Ale wrócę tu.

I znów to powiem.

Dobrze mi w tym miejscu.

 

*

 

Wśród petów w popielniczce tylko jeden ma ten kolor. Kolor szczęścia, spełnienia. Pustakowy. Radosny. Różowy. Jeszcze pachnie moim błyszczykiem i tytoniem. Jeszcze zdaje się być ciepły. Mimo, iż się wyróżnia, pasuje do otoczenia innych petów. Coś się w nim jeszcze tli, nie powiedział jeszcze ostatniego dymka.

Pasuje.

Jemu też dobrze w tym miejscu.

Strona główna